≡ Menu

„The Big Short” – zaległa recenzja filmu.

wallstreetZnalazłem ostatnio wreszcie chwilę, żeby obejrzeć jakiś film. Od czasu gdy kilka lat temu zostałem tatą, częstotliwość wizyt w kinie zmalała u mnie do góra 2-3 rocznie. Masakra:). W związku z tym, że blog jest finansowy, nie będę opisywał moich wrażeń z Gwiezdnych Wojen (bo i tak nie widziałem), tylko będzie to coś bardziej „ekonomicznego”. Oczywiście chodzi o film „The Big Short” (chwała dystrybutorowi, że nie zdecydował się na polskie tłumaczenie, patrz „Margin Call” = „Chciwość”).

Fabuła filmu kręci się wokół niezwykle pasjonującego tematu kredytów hipotecznych i związanych z nimi instrumentów finansowych. Scenariusz został oparty na książce o tym samym tytule, opisującej autentyczne wydarzenia z lat 2005-2007, poprzedzające pęknięcie bańki na amerykańskim rynku nieruchomości. W skrócie, kilku analityków i zarządzających funduszami, na podstawie lektury dokumentacji obligacji zabezpieczonych hipotecznie oraz analizy rynku nieruchomości, dostrzegło zbliżający się krach i postanowiło zagrać przeciwko znajdującemu się w hossie rynkowi, a przy okazji praktycznie przeciwko wszystkim bankom inwestycyjnym i agencjom ratingowym.

Film jest wart obejrzenia z dwóch powodów. Pierwszy, ważniejszy dla szerokiej publiczności, to taki, że to po prostu bardzo dobrze i zgrabnie nakręcony film. Film prawie dla każdego. Potwierdza to zresztą nominacja do Oskara. Mimo poważnej i nudnej tematyki, reżyser stanął na wysokości zadania i urozmaicił go szeregiem zręcznych zabiegów, takich jak: akcenty komediowe, wprowadzenie narratora, wypowiedzi postaci kierowane bezpośrednio do widza
(a la Frank Underwood – House of Cards). Jako jeden z przykładów mogę podać specjalne scenki, za pomocą których wyjaśniane są co trudniejsze terminy finansowe. Mamy panią w jacuzzi popijającą szampana, tłumaczącą jaką operację finansową zamierza popełnić jeden z bohaterów albo szefa kuchni przygotowującego gulasz z drugiej świeżości ryb (porównanie do papierów składających się z różnej jakości obligacji). Innym jeszcze razem, jeden z bohaterów udaje się do lokalu ze striptizem, żeby dowiedzieć się czegoś o lokalnym rynku nieruchomości z pierwszej ręki(?):). Reżyser często puszcza do widza oko i stara się przedstawić poważne sprawy w sposób lekki i przyjemny.

Mocną stroną „The Big Short” jest też gwiazdorska obsada: Christian Bale, Ryan Gosling, Brad Pitt. Każdy z nich gra postać ciekawą, charakterystyczną i zapadającą choć trochę w pamięć. Nie ma tu jednak głównego bohatera, wszyscy grają role równorzędne, ale drugorzędne, które posłużyły reżyserowi tylko jako narzędzie do opisania mechanizmów powstania tej spekulacyjnej bańki, wokół której de facto kręci się cały scenariusz.

Dużym atutem jest też muzyka, która akurat wyjątkowo przypadła mi do gustu i jest bardzo spójna z tym co się dzieje na ekranie. Mamy np. kawałki hip-hopowe (bogactwo, duża kasa) i całkiem ciężki metal, świetnie pasujący do introwertycznej osobowości jednego z bohaterów (Bale).

Porównując „Wilka z Wall Street”, „Wall Street – pieniądz nie śpi” czy wspomnianą „Chciwość”, tylko ten ostatni zrobił na mnie równie dobre wrażenie jak „The Big Short”, ale przy tym był o niebo nudniejszy. Krótko mówiąc, jeżeli jest ktoś kto jeszcze nie widział tego filmu – naprawdę warto, polecam.

Tyle na temat ogólnych wrażeń. Drugim powodem dla którego warto film obejrzeć będzie oczywiście warstwa bardziej merytoryczna. Czy jest tam coś ciekawego dla takiego amatorskiego polskiego inwestora jak ja? Pomijając zgraną już kliszę złych (i głupich) banksterów, którzy wywołali kryzys, pojawia się w filmie jedno istotne dla mnie przesłanie.

„I read them.”

 

To dość powalająca odpowiedź Michaela Burry’ego, zarządzającego funduszem inwestycyjnym wartym kilkaset mln dolarów, na zadane pytanie, skąd wie, że na rynku szykuje się bańka, a obligacje zabezpieczone hipotekami są coraz gorszej jakości. On po prostu nie słuchał innych analityków i agencji ratingowych tylko sam przeczytał źródłowe dokumenty. Można zaklinać rzeczywistość, nadawać ratingi i robić wyceny, ale liczby wzięte z rzeczywistej gospodarki są nieubłagane i w końcu prowadzą do określonego finału.

Dygresja: to nie jest aluzja do ostatniej obniżki ratingu Polski przez Standard & Poor’s. Uważam, że tu prawda leży gdzieś pośrodku, a obniżka miała być po prostu swego rodzaju ostrzeżeniem na przyszłość.

Dla mnie to potwierdzenie czegoś czego cały czas się uczę. Krytycznie przyjmować opinie innych i jak najwięcej czytać i myśleć samodzielnie. Sprawozdania finansowe, dokumenty funduszy inwestycyjnych, dane z rynku – to jest prawdziwe źródło wartości dla inwestora. W ten sposób można choć częściowo uodpornić się psychicznie na wahania rynku i mieć bardziej spokojny sen choćby w takiej sytuacji jak obecna. Rynek lokalny i otoczenie leci w dół, ale na pewno można znaleźć takie spółki, które będą poruszały się w kierunku przeciwnym.

Zapisz się na newsletter i pobierz bezpłatny poradnik o dywidendach. Żadnego spamu ani reklam, tylko informacje o wpisach na blogu.

lista mailingowa B2B obsługiwana jest przez FreshMail

Comments on this entry are closed.

  • pokonajrynek

    Wall Stret – pieniądz nie śpi jest słabiutkie. Świetne podsumowanie. Najważniejsze w inwestowaniu jest to, aby myśleć samodzielnie i wyciągać konstruktywne wnioski. Nie można się opierać na zaklinaniu rzeczywistości. Rynek i tak zwykle ma dwie opcje do wyboru.

    • Wbrew powszechnym zachwytom nie podobał mi się także „Wilk z Wall Street”. Odniosłem wrażenie jakby reżyser robił z tego gościa bohatera. WTF?