≡ Menu

Zasada numer jeden. Nigdy nie trać pieniędzy.

Kiedyś, zapytany o to co jest celem działalności firmy Apple, odpowiedziałbym, że produkcja i sprzedaż komputerów. A dlaczego istnieje firma Toyota? Żeby dostarczać ludziom przeciętne, ale niezawodne samochody. To jest takie prymitywne myślenie sprzed kilkunastu albo kilkudziesięciu lat. Dzisiejsi spece od marketingu i reklamy powiedzieliby dużo inteligentniej, że misją tych firm jest dostarczanie ludziom radości, czynienie świata lepszym czy tworzenie rodzinnej atmosfery w życiu ich klientów.

W obu przypadkach prawda jest oczywiście inna i dużo bardziej przyziemna. Każda firma, a w szczególności te ogromne, międzynarodowe zostały stworzone i funkcjonują w jednym podstawowym celu – w celu zarabiania pieniędzy dla swoich właścicieli i akcjonariuszy. Każde inne myślenie jest obarczone w dużym stopniu grzechem naiwności.

Nie inaczej jest z firmami z branży finansowej. Ktoś kiedyś wyłożył potężne pieniądze, żeby założyć bank, fundusz inwestycyjny, dom maklerski, po to żeby dużym nakładem pieniędzy, pracy i talentu zarabiać jeszcze większe pieniądze na nas klientach i inwestorach. Nic na to nie poradzimy, ale im szybciej uświadomimy sobie fakt, że nie do końca gramy do tej samej bramki, tym lepiej dla nas i naszych pieniędzy.

Jeżeli myślicie, że w tym momencie wytoczę ciężkie działa przeciwko okradającym nas banksterom i zacznę ciskać gromy na zepsutą do szpiku kości branżę finansowo-inwestycyjną to jesteście w błędzie. Owszem, działania takie jak przykładowo spready przy kredytach frankowych, polisy inwestycyjne, czy wczesne prowizje z OFE nazwałbym głupotą i krótkowzrocznością instytucji finansowych – ponieważ ludzie oszukani raz, drugi, trzeci przestają korzystać z wysokomarżowych produktów finansowych (co jaskrawie widać w ilości gotówki trzymanej obecnie na kontach, a nie w inwestycjach), co długoterminowo przyniesie branży gorsze rezultaty. Przede wszystkim jednak widzę winę nas, klientów, społeczeństwa, którzy za sprawą braku edukacji, lenistwa, naiwności, chciwości, dajemy się w te całkiem legalne pułapki wpuszczać. Zamiast więc szukać winnych wokoło, spójrzmy na siebie.

Im mniej tym więcej. Im więcej tym mniej.

Dziś konkretnie chciałbym zwrócić uwagę na konta maklerskie, które na tle rynku są bardzo tanimi i przejrzystymi produktami inwestycyjnymi, a na których mimo wszystko można stracić sporo pieniędzy.

Jeżeli weźmiecie do ręki pierwszy z brzegu ranking kont maklerskich, to zobaczycie, że te najtańsze (najlepsze?) cechują się brakiem opłat za prowadzenie konta i niską prowizją za przeprowadzone transakcje kupna i sprzedaży instrumentów finansowych takich jak akcje czy obligacje. Wiadomo, im niższe prowizje, tym mniej tracimy (więcej zyskujemy) na naszych inwestycjach. Na nas spoczywa odpowiedzialność wyboru konta, które będzie nas najmniej kosztować. Czy to oznacza, że wraz z jego założeniem możemy wyłączyć myślenie?

Dobry argument podsunął mi ostatnio wywiad z prezesem DM Banku BPS, który to bank wywołał burzę na rynku, obniżając prowizję od transakcji na akcjach do 0,13% (standard to 0,38%). Okazuje się, że taka strategia wcale nie powoduje straty dla banku, a wręcz może zwiększyć jego zyski. Po pierwsze, przyciąga nowych klientów, po drugie, zachęca klientów do wykonywania większej liczby transakcji. Suma pieniędzy zgadza się więc albo może być nawet wyższa. Jeżeli bank zarabia więcej na sumie prowizji, to znaczy że klienci sumarycznie wydają więcej.

W tym kontekście chciałbym zwrócić uwagę na dwa, niezależne od koniunktury, typy strat na jakie narażeni są klienci domów maklerskich, czyli my inwestorzy indywidualni. Oba wynikają nie ze złej woli instytucji finansowych, tylko z nas samych i naszych słabości.

Pierwsza strata wynika bezpośrednio z kosztów transakcji jakich dokonujemy inwestując na giełdzie. Jednostkowe koszty są śmiesznie niskie, ale to co czyni je groźnymi dla naszego portfela to ich liczba w danym okresie czasu. Weźmy dla przykładu portfel o wartości 20 tys. zł, który osiągnął w ciągu roku 10% zysku brutto. Na poniższym wykresie przedstawiłem jego realne stopy zwrotu uwzględniające prowizje maklerskie, w zależności od wysokości prowizji i wartości wykonanych transakcji. Pierwsza grupa (obrót 42000zł) to de facto brak obrotów – kupujemy na początku, sprzedajemy na końcu. Druga grupa (62000zł) uwzględnia rotację 50% składowych portfela. Trzecia grupa (82000zł) to rotacja na poziomie 100%. Czwarta grupa (122000zł) to sytuacja, gdy skład portfela wymieniamy dwukrotnie w ciągu roku.

Wyniki nie są może zatrważające, ale wyraźnie widać, że tylko dla prowizji na ultra niskim poziomie 0,13% można zaryzykować powiedzenie „hulaj dusza piekła nie ma”. Dla typowej wartości 0,38% i wysokiej rotacji prowizje mogą nam zabrać nawet 23% zysku. Czy przypadek czwarty, gdy rotujemy zawartość portfela dwukrotnie (lub więcej) w ciągu roku jest ekstremalny i niespotykany? Nie znalazłem na ten temat żadnych danych, ale sądząc po lekturze forów internetowych obawiam się, że może dotyczyć zauważalnej liczby inwestorów.

Więcej transakcji = większy zysk z inwestycji?

W tym miejscu wypadałoby powiedzieć: hola hola, przecież po to robię większą liczbę transakcji, żeby mieć dużo większy zysk. Większy zysk, który z naddatkiem wynagrodzi mi większe prowizje maklerskie. Niestety w rzeczywistości, w dłuższym terminie, jest inaczej.

Doskonale zostało to opisane w klasycznej książce „Psychologia inwestowania” autorstwa Johna Nofsingera. Z wyników badań przeprowadzonych w latach 90-tych na grupie 78 tys. rachunków inwestycyjnych wynika, że inwestorzy hiper-aktywni, obracający wartością portfela kilkukrotnie w ciągu roku uzyskali rezultaty bardzo zbliżone do tych, którzy bliżsi byli strategii „kup i trzymaj”. Tym co różniło ich wyniki netto na koniec inwestycji była właśnie kwota prowizji zapłacona maklerom.

Z mojego własnego doświadczenia wynikają dużo gorsze wnioski. Ja u siebie w przeszłości zaobserwowałem, że im więcej transakcji wykonuję, tym gorsze osiągam rezultaty. Spowodowane to było brakiem cierpliwości (sprzedawałem za szybko i nie łapałem się na wzrosty), brakiem analizy inwestycji (spekulacyjne wejście „w ciemno” skutkujące często szybką sprzedażą w celu cięcia strat), utratą zysków płynących długoterminowo z dywidend. To jest właśnie ten drugi rodzaj strat przed którym chciałbym przestrzec.

Wracając do misji i zarobków firm…

Domy maklerskie i szeroko pojęta branża nakręcają atmosferę na rynku organizując rankingi, zawody, typując tzw. „gorące” spółki, wydając rekomendacje kup/sprzedaj. Wszystko po to żebyś dokonał jak największej liczby transakcji i wydał jak najwięcej pieniędzy. I to jest ich święte prawo! Ty jednak musisz być mądrzejszy i musisz wiedzieć, że żeby ktoś zarobił, ktoś musi stracić. Pamiętaj o tej zasadzie przy swoich inwestycjach i nie trać pieniędzy.

Zapisz się na newsletter i pobierz bezpłatny poradnik o dywidendach. Żadnego spamu ani reklam, tylko informacje o wpisach na blogu.

lista mailingowa B2B obsługiwana jest przez FreshMail

Comments on this entry are closed.